| Ewa Foley w krainie kangurów |
|
|
Witaj! Zimuję na antypodach, a konkretnie w mojej drugiej ojczyźnie Australii. Większość czasu spędzam w Sydney, moim ukochanym - zaraz po Warszawie - mieście. Tu wszystko jest "do góry nogami" - jak w Warszawie układacie się do snu, ja zaczynam swój dzień dlugim spacerem po naszej lokalnej Manly Beach i zajęciami z jogi. Uczę się nowej dla mnie YIN YOGA (fuzja chińskiej terapii meridianowej i hinduskiej hatha jogi). Na pewno wprowadzę ten rodzaj jogi na majowych detoksach nad morzem i na letnich wyjazdowych treningach na Mazurach. Zrobiłam kilka wypadów na Południe (Jervis Bay) i na Północ (Coffs Harbour - kraina misiów koala i plantacji bananowych). Opowiem o tych wycieczkach niedługo.
11-19 luty 2012, Sydney AUSTRALIAN OPEN OF SURFING na naszej Manly Beach!
Od kilku robotnicy ustawiają balustrady i amfiteatry na plaży do oglądania największych światowych zawodów surfingu. Czysta i w miarę spokojna plaża zamienia się w arenę sportową i rozrywkową: boiska do plażowej siatkówki stoją w długim rzędzie a scena koncertowa OPEN AIR jest gigantycznych rozmiarów. Do Sydney w tym tygodniu zjadą się najlepsi surferzy tego świata by konkurować na falach Manly Beach. Tłumy turystów, głośniki na plaży, fotoreporterzy z obiektywami rozmiarów wieloryba, rozgardiasz, hałas, po prostu obłęd. Nasza lokalna plaża na tydzień zamieniła się w oko cyklonu, dziennikarze głośno opowiadają kto wygrywa jaką konkurencję. Nie znam się na surfingu, ale z przyjemnością obserwuję ściganie się po falach w wykonaniu najlepszych zawodników naszych czasów. Potem uciekam na zajęcia z jogi by wieczorem znowu świętować w tłumie... Oj, chyba trzeba stąd uciec na jakiś czas. Chyba pojadę na północ odwiedzić pisarkę i fotografkę Basię Meder w Coffs Harbour...
23 Luty 2012r. Dzisiejszego ranka ruszyłyśmy z moją siostrą Gosią, w kierunku serca Australii - do stanu Northern Territory (NT) - by pochylić głowę przed świętą górą Aborygenów ULURU (kiedyś Ayers Rock), zwiedzić Kata Tjuta (kiedyś The Olgas). W planach mamy także trekking wzdłuż krawędzi słynnego kanionu Kings Canion. Bardzo precyzyjnie zaplanowałam tę wycieczkę: za poradą znajomej doświadczonej podróżniczki Basi Meder zarezerwowałam 3 noclegi w hotelu i codziennie jedną wycieczkę z przewodnikiem do Parku Narodowego ULURU KATA TJUTA NATIONAL PARK http://whc.unesco.org/en/list/447 Ten park jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jesteśmy obydwie bardzo podekscytowane i szczęśliwe. Ta wspólna podróż do RED CENTER/CZERWONEGO CENTRUM była naszym marzeniem od kilku lat. No i w końcu się dzieje...!!! Hurra!!! Obydwie zrobiłyśmy swoją listę życzeń na tą wyprawę. W końcu w ŚWIĘTYM MIEJSCU wszystko jest możliwe. By z Manly dojechać na lotnisko trzeba przeprawić się przez całe Sydney, więc już o 7.30 rano siedziałyśmy w samochodzie znajomego. Wybrałam linie lotnicze domestic/krajowe VIRGIN AUSTRALIA. Lot trwał 2 godz. 30 minut. Przez ponad 2 godziny naszego lotu tam na dole nic tylko pustynia i nagle wyrasta znikąd TA piękna czerwona skała. Z lotu ptaka wygląda niesamowicie! Zatyka dech w piersiach z wrażenia jej piękno, potęga i wielkość...
I ten zapach!!! Cudowny zapach australijskiego buszu, jedyny w swoim rodzaju: połączenie olejku eukaliptusowego, lemon myrtle i boronii. Pycha! Wstawiłam walizkę do pokoju i wyszłam do ogrodu wąchać busz... Upał potworny a przed nami wielogodzinna popołudniowo-wieczorna wycieczka do Kata Tjuta, trekking wzdłuż Walpa Gorge i ... podziwianie zachodu nad Uluru z punktu widokowego sunset. Kata Tjuta (znane także jako Olga, ang. The Olgas) – grupa 30 monolitów znajdujących się w Australii na terenie Terytorium Północnego niedaleko od Uluru. Zbudowane są z prekambryjskich, bardzo zwietrzałych skał, najwyższy z nich wznosi się na wysokość 1096 m n.p.m., około 450 m nad poziom pustyni. Aborygeńska nazwa Kata Tjuta oznacza dosłownie "wiele głów" i według wierzeń miejscowych plemion jest to miejsce święte, w którym często odprawiane były rozmaite ceremonie. Między innymi było to miejsce publicznych sądów i często publicznego wykonania wymierzonych kar. Na przykład, molestowana kobieta mogła po uzyskaniu wyroku przebić dzidą nogę winowajcy. Europejska nazwa Olga została nadana temu miejscu przez brytyjskiego podróznika Ernesta Gilesa na cześć królowej Wirtembergii Olgi Nikołajewny Romanowej w październiku 1872 roku
Kata Tjuta jest świętym miejscem dla męskich ceremonii - kobiety nie mają wstępu na ten teren... Mogą chodzić natomiast dookoła. Aborygeni mówią, że tu mężczyźni zajmują się "men's business". Kobiety mają swoje święte miejsce przy Uluru i zajmują się tam "women's business". Mężczyźni nie zbliżają się nawet do tego kobiecego miejsca. Tak obydwie płci okazują sobie wzajemny szacunek.
A przyroda, ponad podziałami, i tak zagrała im na nosie ;-) W rzeczywistości te dwa, wydawałoby się odrębne miejsca, to jedna wielka skała :-))) Tylko jej dwa końce wystają, w pewnym oddaleniu od siebie, z pustynnej ceglastej równiny. Piękna historia ;-) ![]() ![]() Turyści mogą wejść na teren Kata Tjuta tylko w jedno miejsce - tu na parkingu przed trekkingiem
![]() Dla turystów dozwolony jest trekking Walpa Gorge i ponieważ jest to park narodowy trzeba poruszać się
wyznaczoną ścieżką. Była 5 po południu i potworny upał w granicach 40 stopni C. Uratował mnie muślinowy szal, bo cienia w którym można się schronić nie było!
![]() Kata Tjuta ma 30 "głów" monolitów
![]() Późnym popołudniem zmieniają się kolory skał, a czerwona ziemia staje się jeszcze czerwieńsza
![]() Po kilkugodzinnym trekkingu ostatnie zdjęcie tuż przed zachodem słońca
![]() Po podziwianiu tych niezwykłych formacji skalnych i wyczerpującym spacerze marzył mi się powrót do hotelu i wskoczenie do basenu ale przed nami jeszcze ciąg dalszy wycieczki: ULURU SUNSET czyli zachód słońca nad Uluru. Jechaliśmy ponad 30 km autokarem do tego specjalnego miejsca widokowego. Przywitały nas rozłożone na czerwonej ziemi stoły przykryte białymi obrusami, a na nich różnorodne zakąski, był serwowany szampan, wino i soki owocowe. Mieliśmy jeszcze ponad godzinę do zachodu słońca - był czas by posiedzieć w ciszy podziwiając zmieniającą się grę świateł na niebie, by się przejść i zrobić mnóstwo zdjęć tej wyjątkowo dzisiaj majestatycznie wyglądającej skale.... Z rozbawieniem zauważyłam gołębia siedzącego na płocie, patrzącego w tę samą stronę co my wszyscy... Uluru.
Autokar za autokarem dojeżdżał do punktu widokowego. Robiło się dosyć gęsto od turystów z całego świata - głośne rozmowy w wielu językach. I potem SIĘ ZACZĘŁO WIDOWISKO natury, najpiękniejsze jakie do tej pory widziałam... Brak słów by opisać wrażenie jakie robi to zmysłowe połączenie wydzierających się ptaków i cykad, odurzającego zapachu buszu, widoku czerwonej ziemi, zielonych traw spinnifex, drzew, błękitnego nieba i mieniącej się wszystkimi kolorami przy zachodzie słońca Uluru... Zapadła cisza - trwała przez kilkanaście minut tego show - nikt się nie odzywał, większość ludzi po prostu zastygła w bezruchu zapatrzona. Od czasu do czasu pstryknięcie aparatu fotograficznego. Po jakimś czasie magiczny kształt Uluru już był prawie niewidoczny na horyzoncie a ja ciągle trwałam w zadumie i medytacji. Zachody słońca mają moc i piękno jedyne w swoim rodzaju. Wszędzie na świecie. Tutaj w Red Center te zachody są główną turystyczną atrakcją, zaczynam rozumieć dlaczego setki tysięcy ludzi z całego świata przybywa by być świadkiem tej niesamowitej gry kolorów nad i na Uluru. Zaczynam rozumieć dlaczego tak bardzo pragnęłam tu przyjechać. A teraz JESTEM. Po prostu JESTEM.
Przytulam się do mojej ukochanej młodszej siostry, ktoś robi nam zdjęcie. Powoli zapada zmrok. Trudno mi odejść z tego miejsca. Mogłabym tak trwać i trwać... Ale nasz przewodnik mówi, że już czas wracać do hotelu, bo jutro rano o godz. 4.30 pobudka na wschód słońca nad Uluru. Wiem, że spotkamy się ze słońcem i skałą już jutro raniutko. Ale fajnie!
Wschód słońca nad Uluru - 24 Luty 2012r.
Dzisiaj pobudka o 4.30 rano, bo już o 5 odjeżdżał spod hotelu autokar. Wyszłam z pokoju hotelowego by się trochę poprzeciągać i zobaczyłam powyższy cudowny widok... Stałam i po prostu patrzyłam jak zaczarowana. Tak w środku nocy wygląda krajobraz australijskiego interioru. Nie wiedziałam, że to pół-pustynne centrum wygląda podobnie do buszu, tylko że ziemia jest zupełnie czerwona, a trawa spinnifex bardzo wysoka, i że dużo tu karłowatych dębów pustynnych. Wszystko to razem w ciągu dnia daje cudowne połączenie kolorów na tle jaskrawo-niebieskiego nieba, a nocą grę kształtów bonsai na tle granatowego nieba. A zapach nocy jest nie do opisania... Zaczynały wrzeszczeć papugi, co znaczy że cisza nocna zbliża się ku końcowi. Szybko wypiłam kolejną szklankę wody - spakowałam aparat i butelkę z wodą do plecaka - i ruszyłam w stronę recepcji. Przed nami wycieczka 6 godzinna: wschód słońca, wejście (climb) na Uluru albo spacer przy Uluru (base walk), potem wizyta w centrum kultury aborygeńskiej. Rzeczywiście na przystanku czekała spora grupka chętnych do podziwiania wschodu słońca nad magiczną skałą Uluru. Sporo starszych Australijczyków, kilka młodych kobiet-turystek z Europy, mnóstwo Japończyków i my, dwie blondyny... Do punktu widokowego sunset jechaliśmy około 30 minut.
Tam czekał na nas przy świetle latarek poranny poczęstunek czyli soki, kawa, herbata i ciasteczka. Generalnie muszę powiedzieć, że infrastruktura dla turystów w Ayers Rock Resort jest perfekcyjnie zorganizowana. Najbliższe miasto Alice Springs w odległości 450 km - wszytko trzeba tu przywieźć ciężarówkami. Dosłownie wszystko. Jak zobaczyłam to śniadanko to się ucieszyłam, że posłuchałam rady doświadczonych podróżników, żeby wszytko wykupić z góry, w tzw. pakiecie. Oczywiście inną opcją jest wynajęcie samochodu i robienie prywatnych wycieczek, ale wtedy kto Ci postawi na środku pustyni stoły z gorącą kawą..??? W końcu jesteśmy w Parku Narodowym, wstęp na 3 dni 25 A$ od osoby. Chętnie płacimy tę opłatę, bo chcemy wspierać opiekę na tym parkiem. Ludzie grzecznie stali w kolejce po napitki, a ja ruszyłam na spacer bo zaczynało się przejaśniać - ciemny granat nieba zaczął zmieniać się na ciemno niebieski i pojawiła się różowo-pomarańczowa łuna nad horyzontem. Coś pięknego!
Szłam wyznaczoną światełkami ścieżką przez ok. 10 minut do punktu widokowego i nagle po mojej lewej stronie ukazał się "ten" charakterystyczny zarys Uluru. Byłam sam na sam z Uluru.
Znowu stanęłam jak wryta. Nie do końca wiem o co chodzi, że piękno i moc Uluru robi na mnie duże wrażenie. Przypominają mi się słowa pewnej aborygenki: "Do Uluru nie jeździ się po to by wejść na górę, do Ululu jeździ się po to żeby słuchać". Udało mi się znaleźć miejsce odległe od gadających głośno turystów, usiadłam na ziemi i zaczęłam słuchać. Słuchać tej ziemi, jej posłania, słuchać dźwięków budzącej się do życia pustyni, słuchać siebie i słuchać tej tęsknoty, która mnie tu przywiodła... Pamiętam jak pierwszy raz postawiłam nogę na ziemi australijskiej, jako młoda "żona dla Australijczyka" na początku lat 80-tych, ogarnęło mnie ogromne wzruszenie i poczucie, że znam ten kontynent bardzo dobrze. Może to dzięki czytaniu mojej ulubionej w dzieciństwie literatury "Tomek w krainie kangurów"? ha! Obiecałam sobie wtedy jako dziecko, że kiedyś zobaczę kangura na żywo. Moja teoria, że już jako dzieci wiemy gdzie i kim będziemy się potwierdza. Teraz też mam silne poczucie, że ja już tu byłam. Wszystko jest takie nowe, ale jednocześnie takie znajome. Mam łzy w oczach, łzy radości, wzruszenia.. Nie potrafię tego objąć intelektem - gdzieś we mnie jest przeczucie, że za chwilę wraz ze słońcem nad Uluru we mnie też wzejdzie coś nowego i słonecznego. W medytacji robię na to "nowe" miejsce w sobie. Witaj Słońce Mojego Życia!!! Jest coś bardzo uroczystego we wschodach słońca, prawda? I za chwilę rozpoczęła się najpiękniejsza uroczystość Matki Natury - show niebiański zaiste!
CD Wschodu Słońca
Powoli powoli robi się coraz jaśniej, zmienia się kolor nieba i Uluru ujawnia się coraz wyraźniej w pełni swojej mocy i piękna.
Po kilku minutach ujawnia się zieleń traw, a tam daleko z lewej strony Kata Tjuta...
Słońce jeszcze nie świeci ale światło gra na krawędziach Uluru, a spinixex lekko kołysze się na wietrze i śpiewa pieśń zmartwychwstania. Ogarnia mnie uniesienie, mam wrażenie że wyrastają mi skrzydła i za chwilę odlecę by czule przysiąść jak ptak na grzbiecie tej skały... Doświadczam nieprawdopodobnej LEKKOŚCI ISTNIENIA. W sercu robi mi się ciepło, zalewa mnie fala wdzięczności za CUD ŻYCIA, a na usta szepczą modlitwę dziękczynną.. Witaj pierwszy dniu reszty mojego życia!! Swiętuj każdy dzień swojego życia, bo nigdy nie wiesz który będzie tym ostatnim. A gdyby tak żyć? Jakby każdy dzień był jedynym dniem jaki mamy do dyspozycji. Czy bylibyśmy bardziej uprzejmi, zadowoleni, szczęśliwi, wyrozumiali, wdzięczni, kochający, życzliwi... dla siebie i innych..??
Gra świateł trwa - ruszam na spacer - bo nie mogę usiedzieć w miejscu. Patrzę na zmieniające się kolory nieba nad Uluru...
I w końcu promienie słońca delikatnie dotykają czerwonej skały...
Słońce bierze w objęcia już prawie całe Uluru.
Odrywam wzrok od Uluru i patrzę w przeciwną stronę. Witaj Słońce!
Moje ciało chce spontanicznie wykonać serię SuryaNamaskar (Powitanie Słońca) - rozumiem teraz dlaczego jogini ćwiczą tę sekwencję jogiczną o wschodzie słońca! Bo tak jak słońce budzi Ziemię do życia, tak SuryaNamaskar budzi Ciało do życia. Kocham Cię Zycie, kocham Cię nad życie moje życie - kto to śpiewał tę piosenkę? Joanna Rawik..?? I już mamy zwyciężczynie naszego konkursu. Jedna z czytelniczek bloga podała prawidłową odpowiedź. To śpiewała Edyta Geppert! Gratulujemy serdecznie :-)
Mamy trochę czasu na delektowanie się początkiem dnia, na ciszę i bycie ze sobą. Spotykamy się z Gosią by zrobić sobie nawzajem kilka zdjęć na pamiątkę tego doświadczenia.
Nasz kierowca/przewodnik rodem z Nowej Zelandii zaczął już nas nawoływać do autokaru. Wszyscy kierowcy znakomitego tour operatora AATKings www.aatkings.com.au są jednocześnie przeszkolonymi przewodnikami po tej ziemi i pielęgniarzami, którzy potrafią udzielić pierwszej pomocy. 3 in 1. Czas ruszyć w stronę Uluru by sprawdzić czy dzisiaj ścieżka wspinania się na górę jest otwarta. Podobno ta atrakcja jest niedostępna w dnie bardzo gorące, wietrzne i w dnie ceremonii aborygeńskich. Na dzisiaj zapowiedziana temperatura to 38 stopni i wieje mocny wiatr. W zeszłym roku było kilka wypadków śmiertelnych. Za każdym razem, gdy ktoś umiera na Uluru całe plemię wchodzi w miesięczną żałobę. Przewodnik informuje nas, że starszyzna plemienia Anangu prosi odwiedzających: "Do not climb" (nie wchodź na górę) nawet jak jest pogodny dzień. Bo to ich święte miejsce i wchodzenie na świętą górę jest brakiem szacunku dla ich tradycji. To tak jakby ktoś chodził po dachu kościoła w czasie mszy. To do mnie przemawia: nie wchodzę!
To postanowienie utwierdza się we mnie, gdy podjeżdżamy pod to jedyne miejsce, gdzie dozwolone jest wejście. To tradycyjna święta ścieżka dla aborygenów, uczęszczana tylko w celach ceremonialnych, a dla nas ludzi zachodu wąski nic nie znaczący wydeptany pasek na wielkiej skale. Nie wchodzę! Potem zobaczyłam w sklepach z pamiątkami sticker I DID NOT CLIMB (nie wchodziłam/łem).. I did not climb.
Wejście i było zamknięte. Zatem ruszyliśmy w inną część stóp Uluru, aby wykonać spacer do Mutitjulu Waterhole, obejrzeć malunki aborygeńskie na skałach i usłyszeć kolejną Uluru story, tym razem historię o Kobiecie-Pytonie o imieniu Kuniya. Ale o tym później. Palya! (znaczy witaj & żegnaj) w języku Anangu. ps Liru, tak Anangu nazywają jadowite węże, których tutaj pełno.
Mutitjulu walk - u podnóża Uluru 24 Luty 2012r.
Nad moją głową po prawej stronie widać cienką wydeptaną ścieżkę w górę - to właśnie tą ścieżką aborygeni przez tysiąclecia wchodzili na szczyt by tam przeprowadzać swoje ceremonie.... Dopóki nie pojechaliśmy tuż pod Uluru, nIe wiedziałam że tak dziko i goło wygląda to miejsce wejścia. Gdy z dołu patrzyłam na ścieżkę na gołej skale bez żadnych zabezpieczeń zrozumiałam dlaczego Anangu proszę DO NOT CLIMB. Oni wchodzą gołymi stopami bez wysiłku, a dla "białych" nawet w wyśmienitym obuwiu, nawet w dobrej kondycji ta wyprawa jest wyzwaniem. Nic dziwnego, że od czasu do czasu ktoś umiera w czasie tej wspinaczki, na zawał serca albo zdmuchnięty przez wiatr. Dowiaduję się, że w zeszłym miesiącu kolejny turysta-śmiałek, który nie posłuchał prośby Anangu zmarł na wylew krwi do mózgu. Gdy ktoś umiera na Uluru całe plemię wchodzi w miesięczną żałobę - tak jak po bliskim członku rodziny.... Mam nadzieję, że już wkrótce ta droga na górę zostanie zupełnie dla białych zamknięta; jednak na razie wciąż jest to ogromną atrakcją turystyczną i co roku setki turystów przyjeżdża tu specjalnie w tym celu i gramoli się na górę. Tam na górze nie ma toalet ani ziemi by swoje "skarby" zakopać. Gdy padają deszcze ekskrementy spływają po skale i zanieczyszczają okoliczne sadzawki i pola. Chyba reszty nie muszę dosłownie opowiadać.
Pojechaliśmy dalej i objechaliśmy całe Uluru dookoła po drodze wyławiając gestalty wyrzeźbione w skale. Widzisz tutaj głowę z profilu? Wiele z tych kształtów ma bezpośrednie odniesienie do wydarzeń opowiadanych w Uluru stories: noga strusia, włócznie, tarcze, twarz wojownika, głowa pytona... Od czasu do czasu nasz przewodnik zwracał naszą uwagę, że przejeżdżamy obok miejsca ceremonii uznanego przez Anangu za święte i prosił by nie fotografować. Wszyscy wtedy grzecznie wyłączaliśmy aparaty fotograficzne. Ananguku ngura nyangatja, Anangu Tjukurpa tjutajara. (To jest miejsce aborygeńskie w którym obowiązuje prawo Anangu). Tjukurpa to właśnie zasady/prawo Anangu. Szacunek. Dzielenie się. Hojność. Cykle życia. Praca. Polowanie. Przygotowywanie pożywienia. Pieśń kreacji.
W zależności od czasu, ochoty i kondycji u podnóża Uluru można spacerować godzinami wyznaczonymi szlakami, najlepiej z aborygeńskim przewodnikiem, bo wtedy można zauważyć dużo więcej i usłyszeć wiele historii.
Upał był potworny - zbliżało się południe i temperatura dochodziła do 35 stopni, a to dopiero początek możliwości tego klimatu! Już wypiłam 3 litry wody - nasz przewodnik poleca by pić w tych temperatuch 1 l wody na godzinę, by uniknąć odwodnienia. To piję, bo i tak wszystko jest w ciągu tej godziny wypocone. Nasza grupa wybrała się na 2 kilometrowy spacer w stronę jaskini z rysunkami aborygeńskimi i małego oczka wodnego Mutitjulu.
Po drodze często zatrzymywałam się i wpatrywałam w czerwoną skałę - wyobraźnia raz uruchomiona nie przestawała pracować... Różne rzeczy można było co chwilę zauważyć... Pozwoliłam, żeby grupa sobie poszła a ja spokojnie w samotności krok po kroku śpiewałam wewnętrzną pieśń pokoju. Każdy krok niesie pokój. Panowała niesamowita cisza. Czerwona skała, niebieskie niebo i wyjątkowo dużo jak na tę porę roku zieleni.
W tym roku padało dużo więcej deszczu niż normalnie i roślinność rozszalała się. Podobno na pustyni wokół Uluru pokazały się kwiaty i krzewy, których nie było widać przez całe lata. Gdzieś w ziemi przechowały się ziarenka i zachwycone niespotykaną wilgocią i wodą lejącą się z nieba postanowiły wpaść z wizytą...
Legenda mówi, że Kyniya, kobieta pyton, mieszkała daleko na wschodzie, ale jak przyszedł jej czas na potomstwo przeniosła swoje jajka do Uluru, gdzie sama się urodziła do jaskini zwanej Kyniya Piti - widzisz jajka powyżej? A te linie na skałach to ślady po tym jak Kyniya podróżowała by zdobywać pożywienie. W czasie jej pobytu pod Uluru, jej siostrzeniec Kuka Kuka z drugiej strony Uluru został przegoniony przez grupę myśliwych Liru, Mężczyzn Jadowitego Węża. Ci myśliwi z pobliskiej Kata Tjuta postanowili ukarać Kuka Kuka, który nieumyślnie złamał ich prawo i zbliżył się za blisko do miejsca ceremonii. Mężczyźni Liru rzucali w niego włóczniami (ślady włóczni widoczne na skale), aż w końcu jedna go trafiła w nogę.
Wszyscy Liru - za wyjątkiem jednego - wrócili do siebie, choć zwyczajem było "ukaranego" pielęgnować aż wróci do zdrowia. Zostawili sam sobie ranny Kuka Kuka zmarł. Kyniya szukała swojego siostrzeńca. Gdy dotarła do doliny przy Mutitjulu zobaczyła tego jednego Liru siedzącego na grani ze swoją tarczą. Kyniya zapytała go gdzie jest jej siostrzeniec, ale Liru tylko się szyderczo zaśmiał. Kobieta Pyton się rozzłościła i zaczęła swój potężny taniec. Ale myśliwy LIru dalej się śmiał. Na co Kyniya złapała swój wana (kij) i walnęła Liru w głowę. Na skale widać ślad krwi po tej ranie. Tak była wściekła, że walnęła go jeszcze raz kijem... patrz poniżej na skale ślad po tym uderzeniu...
Zbliżyliśmy się do Kulpi Mutitjulu - rodzinnej jaskinii gdzie podróżujące plemiona Anangu przez tysiąclecia zatrzymywały się by malunkami na skałach opowiadać historie i odpocząć. Mężczyźni polowali na kuka (mięso), a kobiety i dzieci zbierały mai (jedzonko z buszu). Wszystko było przyniesione do jaskini na wspólną ucztę.
Widzisz węża nad jaskinią? To Kuniya kobieta-pyton.
Tjukuritja to czas kreacji. Wydarzenia z tego czasu mają swoją symbolikę w skale.
Kiedy rozjuszona Kynia walnęła LIru, który zranił jej siostrzeńca po raz drugi LIru zginął a jego tarcza stoczyła się z góry i wciąż leży u podnóża. Widzisz ją?
Legenda mówi też, że Kuniya w czasie swojego wojennego tańca zgarnęła i rozrzuciła czarny piasek na skały - do dzisiaj obecny po nim czarny ślad w tej części Uluru. A widzisz serce w skale...???
A potem wzięła ciało swojego siostrzeńca i zaniosła do stawu Kapi Mutitjulu - tamże oboje przetransformowali się w Wanampi, tęczowego węża, który do dziś pilnuje stawu. Gdy staw wysycha Wanampi sprowadza deszcz i wypełnia staw wodą....
Muchy w Australii
Muchy podczas okresu letniego (australijskiego) to po prostu dramat. Nie są to setki, czy tysiące mucha, a miliony. Wchodzą wszędzie, do nosa, uszu, oka pod nogawki spodni, bezczelnie wpychają się pod okulary słoneczne. Chodzą jak u siebie po ustach, brwiach, szyi… wszędzie, gdzie drażni Cię najbardziej. Lokalni ludzie je po prostu ignorują i pozwalają łazić po sobie. Turyści w outbacku szybko odkrywają - tak jak ja!! - ,że trzeba bez przerwy machać ręką jak wycieraczkami samochodowymi w czasie duuużżżego deszczu przed twarzą ale po kilku minutach ręka odpada! A radość z podziwiania natury przechodzi w irytację "muchową"..!!! Rady mam dwie. Siatka zakładana na głowę (kosztuje 10$ i w sklepach Ayers Rock resort były tylko czarne). Widziałam wokół Uluru amerykańskie turystki w turkusowych i różowych twarzowych siateczkach..!! repelent, ale tylko jednej firmy. Bushmen jest produkowany w Australii dla potrzeb australijskiego rynku. Napis na etykiecie głosi: „heavy duty” a w działaniach niepożądanych jest np. po zastosowaniu na ręce zakaz dotykania telefonu komórkowego, bo odchodzi farba. Tak, jest silny, ale działa, niestety jest też dość drogi, ale bez tego nie ma żadnej przyjemności z outbacku w środku australijskiego lata :-)
Kings Canyon, Watarrka National Park, NT 25 Luty 2012r. wycieczka do Królewskiego Kanionu, w Parku Narodowym Watarrka
Ostatniego dnia pobytu w Red Center postanowiłyśmy wybrać się na całodniową wycieczkę do największej atrakcji sąsiedniego Parku Narodowego Watarrka, często zwanym Kings Canyon National Park. Ten kanion położony jest ok. 130 km od Uluru, maksymalna wysokość 270m. Obejście po krawędzi (rim walk) ma jakieś 6 km i trzeba liczyć 3-4 godziny na przejście. Do tego spaceru wymagana jest w miarę dobra kondycja, a w plecaku 1 l wody na każdą godzinę trekkingu. W tym potwornym upale łatwo o odwodnienie i udar słoneczny. Autokar odjeżdżał o 4 rano, zatem dzisiaj rano pobudka o 3!!! Byłam bardzo podekscytowana tą wyprawą. Kocham kaniony!!! Już 3 razy z tej wielkiej miłości odwiedziłam THE GRAND CANYON, Wielki Kanion w stanie Arizona (USA). A teraz słynny australijski kanion w sercu outbacku!
http://www.outback-australia-travel-secrets.com/kings-canyon.html
W Kings Creek Station zatrzymaliśmy się o 7 rano, tuż po wschodzie słońca na śniadanie. Australijczycy jedli "po australijsku" tzn. jajka na bekonie i kiełbaski, a ja po prostu zjadłam garść migdałów (które zawsze noszę przy sobie) i pogryzłam nutrigrain. Ta farma w środku pustkowia też ma swoją fascynującą historię.
Obejrzyj zdjęcia z helikoptera tutaj http://www.kingscreekstation.com.au/
Malżeństwo Ian and Lyn Conway założyli Kings Creek Station w roku 1981. Farma położona jest 36 kilometrów od Kings Canyon (Watarrka) wśród majestatycznych pustynnych dębów. Jest to farma hodująca krowy i wielbłądy! Jest największym eksporterem dzikich wielbłądów w Australii - łapią je, ujarzmiają a potem sprzedają. Restauracja serwuje nawet burgery z wielbłąda... Ponoć na Kings Creek Station nakręcona 36 filmów dokumentalnych, także było to miejsce gdzie bazowała 4 ekspedycja Australian Geographics. W w roku 2001 słynne na całym świecie Australian Safari przebiegało tuż obok i uczestnicy zatrzymali się na farmie.
Na miejsce dotarliśmy tuż przed 8 rano. Z całej grupy tylko 6 osób zdecydowało się na wielogodzinny rim walk. Reszta poszła na mały spacerek dnem kanionu. Przewodnik sprawdził nasze plecaki tzn. czy mamy w nich odpowiednią ilość litrów wody i wielokrotnie pytał czy czujemy się na siłach na taką wyprawę. TAK!!! Przed nami pierwsze wyzwanie: 500 kamiennych stopni by dostać się na górę do krawędzi kanionu.. Ruszyłam odważnie w górę, ale już po 200 stopniach z przyjemnością przywitałam małą platformę odpoczynkową i podziwiałam widoki w ramach odpoczynku.
Dotarłyśmy na górę i widoki naprawdę zatykały oddech w piersi... Pierwsze 2 godziny spacery idzie się mniej więcej taką ścieżką wzdłuż krawędzi kanionu i po prostu dzikość tej natury, zestawienie kolorystyczne niebieściutkiego nieba, zielonych krzewów, białych pni eukaliptusów i czerwonej ziemi na prawdę robi wrażenie! Co chwilę się zatrzymywałam by spoglądać w przepaść pod nogami...
Skały mają niesamowity wygląd spowodowany erozją...
Kings Canyon, Watarrka National Park, NT 25 Luty 2012r. cd. Ghost Gum trees (białe eukaliptusy) & Garden of Eden (ogród Edenu)
Ciągle czegoś się uczę o Australii! Dzisiaj zapytałam Adama, naszego przewodnika, dlaczego te pustynne białe eukaliptusy mają często czarne/martwe konary a on mi wyjaśnił co następuje: Gdy drzewo "uświadamia sobie" - naukowcy do dzisiaj nie wiedzą jak sobie uświadamia! - że w czasie suszy całe nie przeżyje wtedy "poświęca" jeden ze swoich konarów odcinając dopływ życiodajnych soków... Wtedy część drzewa umiera w ofierze dla pozostałej części drzewa. Taki pomniejszony eukaliptus daje radę przeżyć największą nawet suszę. A jak trzeba to odcina następny konar, i następny. Aborygeni mówią, że składa go w ofierze.
Posiedziałam pod takim "poświęconym" eukaliptusem medytując nad DOSKONAŁOŚCIĄ TEGO ŚWIATA!!! Niechaj będzie pozdrowiona Doskonałość Tego Świata! Wszystko dzieje się zgodnie z prawami natury, dobrze się dzieje. Właściwi ludzie na właściwym miejscu o właściwym czasie, zajmując się właściwą pracą. Ruszyłam dalej krawędzią pełna entuzjazmu i radości życia, podśpiewując moją ukochaną mantrę OM NAMAHA SHIVAYA..
Pod moimi stopami 300 metrowa przepaść i typowy dla Terytorium Północnego krajobraz. To jest właśnie outback country.
Szliśmy przez Park Narodowy, i niby wszystko takie same ale mój zachwyt stawał się coraz większy. Kocham ziemię australijską. Pokochałam ją całym sercem odkąd po raz pierwszy stanęłam na niej w roku 1982. Moja przygoda z Australią trwa już 30 lat. 15 lat mieszkałam tu na stałe, bo jako młoda kobieta zostałam "żoną dla Australijczyka". Najpierw mieszkaliśmy w Canberze (stolicy), potem w Sydney. To jest moja pierwsza wizyta w centrum kontynentu. Przez te lata podróżowałam bardzo dużo po całej Australii ale raczej wzdłuż wybrzeża. Jestem bardzo poruszona. Bardzo mnie Moc Ziemi dotyka. Cisza. Zapach buszu w tym upale staje się bardzo intensywny. Muchy stają się coraz bardziej natrętne. A moje zadowolenie osiąga apogeum. Wypiłam już 2 litry wody, ale chyba wszystko wyparowało z mojego spoconego ciała, bo pragnienie coraz większe i temperatura wzrasta. Zbliża się południe.
Od czasu do czasu stawałam i podziwiałam rzeźby Matki Natury..
Gosia też szła w ciszy i skupieniu. Tutaj dotyka dziwnych kształtów podłoża.
W pewnym momencie zaczęliśmy schodzić w dół misterną konstrukcją kładek i schodów, bo w dole ukazał nam się ogród Edenu! Bujna zielona roślinność wylewała się z kanionu.
GARDEN OF EDEN
Aż tu nagle ukazuje się przed nami oczko wodne wśród skał! Prawdziwe morskie oko, tylko że malutkie.
Bez wahania zrzuciłam ubranie i wykonałam radosną długą kąpiel w lodowatej wodzie. Ale ulga ochłodzić to rozgrzane ciało!! Ku mojemu zdziwieniu nikt z grupy się do mnie nie przyłączył. Potem Adam powiedział, że pływałam jak Eve w tym ogrodzie Edenu, a ja na to: "Mam na imię Eve, Adamie. Ewa i Adam byli w rajskim ogrodzie!" Cudowna wycieczka zakończona wizytą w raju! Przed nami jeszcze godzina trekkingu do parkingu, lunch i kilka godzin jazdy powrotnej do Ayers Rock Resort.
Jutro planujemy się wybrać do centrum kultury aborygeńskiej. Wiem, że nie można tam fotografować więc zdjęć nie będzie. |


































































